piątek, 14 sierpnia 2015

zwiedzanko - DZIEŃ 2. (PÓŁNOCNO-ZACHODNIA CZĘŚĆ WYSPY)

Wspominałam już, że podróżowanie na Majorce jest niesamowicie przyjemne (wybaczając już nawet komunikacji publicznej)? Jakość dróg, nawet tych w najbardziej zapomnianych miasteczkach, które przemierza się w trzy minuty (dosłownie!) wciąż znacznie przewyższa (niestety) nasze realia. Bardzo czytelne oznaczenia dodatkowo ułatwiają sprawę. Nie wiem, może cwaniaczę, bo M. ma znakomity zmysł orientacji i dzięki temu ani razu się nie zgubiliśmy (no tak, mieliśmy też nawigację :D). Tak, czy siak - pomimo mniejszych i większych przygód oraz niewygód wciąż uważam ten dzień za najlepszy ze spędzonych na Majorce. Posłuchajcie...

W największym stopniu sugerując się przewodnikiem, który M. kupił jeszcze w Polsce na lotnisku zaplanowaliśmy sobie na drugi dzień zwiedzania całkiem ambitną trasę.

Palmanova - Palma (przejazdem) - Deia - Valdemossa - Sant Elm - Port d'Antrax - Palmanova




W sumie wyszło nam albo blisko 200 km, albo nawet 200 z okładem (na mapie nie została uwzględniona droga przez góry oraz kręcenie się w masteczkach). Wciąż nie wiem. Od początku wiedzieliśmy, że jako środek transportu tego dnia będzie nam służył skuter. Wypożycza się go tu na 24h, dodatkowo należy zostawić depozyt (na poczet ewentualnych uszkodzeń, czy pustego baku), który jest zwracany, jeśli wszystko gra, w momencie oddawania skutera. Do tego dochodzą koszty paliwa, w naszym przypadku 7 E tego dnia. Ogólna kalkulacja - jak na ilość przebytych kilometrów, wygodę i frajdę (ehee...) - opłacało się.

Zahaczenie o stolicę nie było potrzebne, jednak przegapiliśmy zjazd. Po szybkim spojrzeniu na mapę udało nam się wrócić na właściwą trasę i ruszyć w kierunku pierwszej "stacji" - miasta o nazwie Deia. Droga początkowo wiodła przez równię z migdałowymi sadami po obu stronach. Serio, ciekawe uczycie jeść migdały prosto z drzewa. W oddali widzieliśmy góry. Prosta, dość monotonna, w pewnym momencie nas zaskoczyła. Przedostać się przez wspomniane góry można, jak się okazało, na sposoby: przez tunel, co jednak jest zabronione dla jednośladów oraz górską drogą, na którą wjazd początkowo przegapiliśmy, co skończyło się lawirowaniem między samochodami pod prąd - fun. Nie miałam jednak dotąd pojęcia, co oznacza zwrot "górska droga". Nieustanne zwroty kierunku jazdy o 180 stopni na jednośladzie przy moich skłonnościach do paniki to nie jest dobry pomysł. Chociaż po 9 km było już tylko lepiej... 

u dołu tego zdjęcia widać, jak droga leci sobie w lewo, a za chwilę zawija w przeciwną stronę;
w oddali stolica i morze


W końcu zawitaliśmy do Dei. Miasteczko, bo tylko tak zdrobniale można je nazwać, pomimo swoich skromnych rozmiarów posiada specyficzny, bardzo przyjemny klimat. Uwielbiam te piaskowe domki z kolorowymi drzwiami i okiennicami.


Ponieważ było bardzo upalnie, a Deia nie posiadała żadnych większych atrakcji (poza muzeum jakiegoś pisarza, o którym obydwoje nigdy nie słyszeliśmy), pokręciliśmy się tylko uliczkami, obfotografowaliśmy co trzeba i ruszyliśmy w dalszą drogę.






Jak się okazało podczas planowania przez nas podróży, Majorka również posiada polskie akcenty! Otóż w miasteczku, które odwiedziliśmy jako kolejne - Valldemossie - żył i komponował nikt inny jak Fryderyk Chopin. Tutaj też miał miejsce jego romans z ekscentryczną francuską pisarką George Sand. Dziś znajduje się tam muzeum przechowujące eksponaty po tej artystycznej parze, których jednak nie ma wiele, jako iż miejscowi, obawiając się gruźlicy, spalili większość pomieszczeń, w których przebywała dwójka.


Nie odwiedziliśmy muzeum, ograniczyliśmy się znowu jedynie do spaceru ulicami Valldemossy, znacznie bardziej żywymi, niż te w Dei. Pełnymi turystów, kolorowych sklepików i znajomych, piaskowych ścian. 












Naprawdę klimatyczne i bardzo radosne miejsce, a może tak tylko mi się wydawało po sennej Dei...

Kolejny punkt - Sant Elm, był jedynie krótkim postojem tego dnia. Zachwyciliśmy się tamtejszą plażą i postanowiliśmy, że następnego ranka przyjedziemy tam trochę popływać - zrobię o tym oddzielną notkę. Mam trochę podwodnych filmików i właśnie wpadłam na pewien pomysł ;) Poza tym, spieszyliśmy się już wtedy na zachód słońca w Port d'Antrax. I całe szczęście, że się pospieszyliśmy, bo...


Dłuższą chwilę i małą sprzeczkę kosztowało nas znalezienie dogodnego miejsca do podziwiania tego widoku, jednak było warto. Daję słowo - na żywo robił jeszcze większe wrażenie.

Obiecuję już wkrótce zawitać z kolejnym postem - o trzecim i ostatnim dniu intensywnego zwiedzania.

Które z tych miejsc chcielibyście sami odwiedzić? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz